Press "Enter" to skip to content

Darek i Lucynka czyli współczesny mezalians

Każda z nas marzyła kiedyś o księciu z bajki, który miał przyjechać na białym rumaku i porwać nas do swojego pałacu, gdzie czekało długie i dostatnie życie. Współczesny, idealny książę powinien być wysoki, przystojny, dobrze zbudowany, z gęstą, lśniącą czupryną, białymi ząbkami i niebieskimi oczami. Musi być szarmancki, kulturalny, mieć doskonałe wyczucie stylu i opanowane do perfekcji zasady savoir vivre. Białego rumaka może zastąpić luksusowy samochód (może być biały) i odpowiednio wypchany portfel. Kwestią sporną mogą być szczegóły, ale chyba śmiało możemy przyjąć, że żadna z nas nie wizualizuje swojego przyszłego męża jako łysiejącego okularnika z nieświeżym oddechem, od pięciu lat bezskutecznie poszukującego zatrudnienia w Urzędzie Pracy. A więc książę. Tylko co w sytuacji, kiedy same dość mocno odbiegamy od wizerunku księżniczki? Czy możemy wówczas liczyć na książęce względy?

W XIX czy XX wieku odpowiedź byłaby prosta. Takie relacje były wówczas uważane za wysoce niestosowne i nawet, jeśli jakiś szlachcic zakochał się w kobiecie niższego stanu, a już nie daj Boże próbował wprowadzić ją na salony, to związek taki uważano za mezalians, a więc coś absolutnie nieakceptowalnego. Chyba wszystkie znamy historię Stefanii z powieści Heleny Mniszkówny, którą narzeczony wprowadził “do towarzystwa”, które nigdy jej nie zaakceptowało i w efekcie doprowadziło do tragicznego finału tej zakazanej miłości.

Współcześni autorzy książek i scenariuszy filmowych podchodzą do tematu zupełnie odwrotnie. W niemal wszystkich powieściach i filmach o miłości wmawia się nam, że pojęcie “mezaliansu” już dawno odeszło do lamusa. I tak zamożni przedsiębiorcy żenią się z prostytutkami, które z dnia na dzień stają się wielkimi paniami i wzorami do naśladowania, wykształcone kobiety zakochują się w niegrzecznych chłopcach, którzy wykształcone mają jedynie mięśnie brzucha i klatki piersiowej, a pokojówki poznają swoich przyszłych mężów myjąc kible w ich pokojach hotelowych. Potem wszyscy żyją długo i szczęśliwie, bo w dzisiejszym kolorowym, tryskającym tolerancją świecie, nie ma znaczenia kim jesteś, skąd jesteś, ile książek przeczytałaś i czy w ogóle potrafisz czytać.

Bullshit do potęgi n-tej. Myślę, że można by uniknąć połowy rozwodów, gdyby ludzie nieco rozsądniej dobierali sobie partnerów życiowych. Zanim rozszarpią mnie fanki “Pretty woman” zaznaczam, że daleka jestem od oceniania czy szufladkowania ludzi w jakikolwiek sposób. Wszyscy jesteśmy sobie równi i każdy z nas jest wspaniały i wyjątkowy, każdy w jednakowym stopniu zasługuje na szczęśliwe, dostatnie, pełne miłości życie. Sęk w tym, że nie każdy w takim samym stopniu przykłada się do tego, aby swój żywot takim uczynić. Są ludzie, którzy uważają, że im się po prostu należy. Związek z taką osobą uważam za klasyczny, współczesny mezalians.

Mam sąsiadkę, nazwijmy ją Lucynka, która jest grubo po trzydziestce i do dnia dzisiejszego nie ukończyła liceum. W zasadzie można przyjąć, że go nawet nie zaczęła, gdyż poległa na pierwszym semestrze klasy pierwszej. Lucynka uważa, że matura nie jest jej do niczego potrzebna, a studia wyższe to dla niej kompletna abstrakcja. Pracuje dorywczo, myjąc podłogi w magazynach, czasem dorabia jako kasjerka w markecie, ale jeszcze w żadnym nie zagrzała miejsca na dłużej. Lubi sobie chlapnąć piwko, albo dwa, ewentualnie siedem. Maluje oczy zielonym cieniem do powiek, bo jak twierdzi, tylko taki kolor pasuje do jej rudych włosów. Może i pasuje, choć osobiście uważam, że wystarczyłoby podkreślić górną powiekę, zamiast całego oczodołu.

Lucynka w ubiegłym roku wyszła za mąż.  Wybrankiem jej serca został Janusz, przystojny i bardzo dobrze wykształcony (wspominałam już o mięśniach brzucha) pracownik ochrony na jednym z warszawskich parkingów. Czy uważam ich za dobre małżeństwo? Doskonałe! Łączy ich wspólny brak pasji i zainteresowań, wieczne niezadowolenie ze swojej sytuacji materialnej, za którą obwiniają aktualnie rządzącą partię polityczną (czasem jeszcze Pana Boga), oraz wielka, nieskończona i bardzo, bardzo gorąca miłość. Tak gorąca, że czasem (zwłaszcza nocą) doświadczają jej wszyscy sąsiedzi w bloku. W tym przypadku nie ma mowy o mezaliansie, gdyż obie strony zgodnie uważają, że im się po prostu należy.

Załóżmy teraz, że niewątpliwemu urokowi osobistemu Lucynki uległ Darek – sąsiad z drugiego piętra. Darek nie jest żadnym potentatem, ale skończył dwa fakultety, zna ze trzy języki obce i pracuje jako handlowiec w branży farmaceutycznej. Inteligentna z niego bestia i mało prawdopodobne, żeby się Lucynką zainteresował, no ale gdyby… Przy założeniu, że jakimś cudem Lucynka zbudowała swój pozytywny wizerunek podczas pierwszych randek (wiadomo, na początku każdy przedstawia się w jak najlepszym świetle i my – kobiety raczej nie wspominamy wówczas, że nie umiemy gotować, albo że nienawidzimy piłki nożnej, prawda?), czym oczarowała Darka i przetrwali kilka miesięcy w fazie maślanych oczu, to jak długo można jeść sobie z dzióbków, szeptać sprośne słówka i trenować łóżkowe wygibasy? Kiedyś w końcu trzeba zacząć żyć, pracować, gotować, spotykać się ze znajomymi, spędzać czas na realizowaniu swoich pasji, ROZMAWIAĆ…

No i tutaj zaczyna się dla początkowo wielkiej miłości Lucynki i Darka równia pochyła. Darek kilka razy okryje się rumieńcem wstydu, gdy Lucynka głośno beknie przy stole w restauracji, usprawiedliwi ją błyskotliwie, kiedy palnie jakieś głupstwo przy jego znajomych i dziesiąty raz zrezygnuje z wyjścia do kina czy teatru, bo kolejny raz bolała ją głowa. Nadal będzie ją utrzymywać, tłumacząc sobie, że przecież ona cały czas szuka lepszej pracy, tylko mało intensywnie, no bo ciągle boli ją ta głowa. I tak, miesiąc za miesiącem, Lucynka będzie żyć jak pączek w maśle, a Darek będzie co raz bardziej nieszczęśliwy. A potem się rozstaną. Jeśli w tzw. międzyczasie nie wezmą ślubu, to sprawa prosta. W przeciwnym wypadku, Darek będzie musiał pleść w sądzie bzdury o niezgodności charakterów, bo tak się dzisiaj określa klasyczny mezalians. Wszystko po to, by Lucynki zanadto nie zranić, ale ona i tak poczuje się urażona do tego stopnia, że za cel życiowy postawi sobie zrujnowanie życia Darkowi. W zasadzie jest w tym jakiś pozytyw, bo Lucynka nareszcie będzie mieć jakąś pasję! A można by było tego wszystkiego uniknąć, gdyby Darek i Lucynka nieco mniej dosłownie potraktowali teorię o przyciąganiu się przeciwieństw.

Comments are closed.