Press "Enter" to skip to content

Słowo na niedzielę: ulubiony ulubieniec

Przeglądam profile na Instagramie, no bo co lepszego można robić w niedzielę o 5.48 rano, przecież nie spać, prawda? No więc przeglądam te profile i oprócz podziwiania pięknych fotografii, przedstawiających idealnych, wypieszczonych, perfekcyjnych, zawsze radosnych, pozbawionych najmniejszej skazy ludzi (tak, słusznie wyczuwasz sarkazm i tak, to dlatego, że moim zdjęciom daleko do ideału, na kilometr trącą depresją i brakiem wyczucia smaku), lubię sobie poczytać wizytówki w tak zwanym „bio” – za cholerę nie wiem co to oznacza w kontekście instagramowym, BIO kojarzę głównie z rolnictwem ekologicznym i jajami od szczęśliwych kurek. Napisałam to w jednym zdaniu? Jezu…

W każdym razie, na Instagramie „bio” jest miejscem, w którym można zamieścić kilka informacji o sobie i swoim profilu. Może „bio” od „biografia”? Niby nie ma w tym niczego nadzwyczajnego, ludzie piszą tam swoje imiona, pseudonimy, wiek, stan cywilny, numer buta, obwód bioder itp. Sama żem wpisała kilka szalenie interesujących informacji o sobie, żeby jakiś pseudo żołnierz z Hameryki nie tracił czasu na pisanie esejów, jak to on mnie na tym Instagramie zobaczył i żyć beze mnie od tego czasu nie może. Uwierzcie mi, że takich świrów nie brakuje i talent do powieści romantycznych mają nie gorszy od samego Nicolasa Sparksa, ale do brzegu. Rozchodzi mi się o to, że wielu Instagramowiczów wpisuje tam swój ulubiony kolor, ulubione jedzenie, ulubione miejsce na Ziemi itp. I to właśnie stanowi clou moich dzisiejszych, niedzielnych rozważań przy kawie – słowo ULUBIONY.

Pytam koleżankę o jej ulubiony kolor. Po krótkiej chwili odpowiada, że fioletowy. Ulubione danie? Zupa pomidorowa (swoją drogą, znacie kogoś, kto nie lubi pomidorówki?). Ulubiona piosenka? „Stars” Simply Red’a. Ulubiona pora roku? Wiosna. Ulubione perfumy? Rush. Krem? Aquacell. Itd… Na każde pytanie odpowiadała z przekonaniem i bez specjalnego zastanowienia.

Poprosiłam koleżankę, żeby zadała mi te same pytania. Już na pierwszym utknęłyśmy na dobre pół godziny. No bo niby uwielbiam czerwony, ale tylko w garderobie, bo gdy przeniosłam go na ścianę w sypialni, bardzo źle odbiło się to na mojej psychice. Czyli już taki ulubiony nie jest. Na drugim miejscu plasuje się butelkowa zieleń, ale choć tak bardzo ją lubię, to mam w garderobie tylko jedną sukienkę w tym kolorze, a w domu zielone są tylko kwiatki z Ikei. Oczywiście sztuczne, ale to temat na inną opowieść. Czy można mieć ulubiony kolor i jednocześnie nic w tym kolorze nie mieć? Nie byłyśmy pewne, dlatego płynnie przeskoczyłam na kolor żółty. Uwielbiam kolor cytrynki! No i znów… Rozglądam się po mieszkaniu i poza okładką słownika polsko – francuskiego, niczego żółtego nie odnajduję. Garderoba? O tak! Miałam kiedyś cudny, żółty golfik, super w nim wyglądałam. Tylko, czy to się liczy, jeśli golfik od siedmiu lat ze mną nie mieszka? I tak wypiłyśmy po dwa kieliszki czerwonego wina (o, może jednak ten czerwony!) i doszłyśmy do wspólnego wniosku, że mój ulubiony kolor to kuźwa tęczowy.

Nie będę opowiadać, jak próbowałam wybrać swoją ulubioną porę roku (wychodzi na to, że lubię wszystkie), daruję Wam również szczegóły wyboru ulubionego dania (choć w tym przypadku odpowiedź jest prosta, jeśli tylko założymy, że czekolada to danie), piosenki i całej reszty. W każdym razie wina zabrakło, a ja wciąż dywagowałam. I tu nasuwa mi się pytanie ze skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju: „Tato, czy ja jestem jakiś dziwny?”

Ps. W kwestii zdjęcia tytułowego – uwielbiam truskawki! W sumie to chyba najbardziej ze wszystkich owoców, mogłabym więc zaryzykować stwierdzenie, że truskawka to mój ULUBIONY owoc. Noo, ale maliny kocham również… I czereśnie, Boziu jak ja ubóstwiam czereśnie! Sami widzicie, dramat.

 

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.