Nie taki wegetarianizm straszny

Wczoraj minęły dokładnie dwa miesiące, odkąd postanowiłam nie jeść mięsa. Czy coś się przez ten czas zmieniło? Fizycznie nie. Czuję się tak samo jak wcześniej, nie schudłam ani nie przytyłam, nie zaobserwowałam u siebie żadnych negatywnych skutków odstawienia, nie tęsknię za schabowym i nie ślinię się na widok człowieka dzierżącego w dłoni ociekający sosem kebab. Poszło gładko, czasem myślę, że podejrzanie gładko. ;)

Na początku myślałam, że jak przestanę jeść mięso, to poczuję się jakbym zbawiła świat. No wiecie, mąż zjadł kotleta, ja się powstrzymałam, jestem wielka, uratowałam życie śwince. Tylko, że im więcej czytam o hodowlach zwierząt, o rolnictwie, o tym w jakich warunkach żyją zwierzęta i jak są traktowane przez swoich “gospodarzy”, tym bardziej włos mi się na głowie jeży i dociera do mnie, że ten mój kotlet to tylko wierzchołek góry lodowej.

Wszyscy oglądamy reklamy, na których uśmiechnięte krówki częstują nas swoim mlekiem, z którego powstają pyszne serki, jogurciki, śmietanki, masełka i inne frykasy. Zaś szczęśliwe kurki znoszą jajeczka, które gospodarz w koszyczku zawiezie do miasta, abyśmy mogli je kupić na marketowym ryneczku. Pełna harmonia, niemal symbioza, tak jakby człowiek i te wesołe krówki byli sobie potrzebni nawzajem. Bujda na resorach.

Owszem, są gospodarstwa, w których krowy pasą się na łące a kury biegają po podwórku, ale są to niewielkie hodowle i nie oszukujmy się, to nie one zaopatrują sieci marketów w całej Polsce. Żeby zapełnić sklepowe półki piersiami z kurczaka, tworzy się specjalistyczne fermy drobiu, na których zwierzęta umieszczane są w ciasnych klatkach, na siłę karmione wysokobiałkową karmą, aby jak najszybciej przybierały na wadze. Przez kilkadziesiąt dni stoją w jednym miejscu, we własnych odchodach. Amoniak w nich zawarty powoduje odparzenia łapek. Po około trzech tygodniach często nie mają już siły stać, łapki nie wytrzymują nienaturalnie dużego ciężaru, więc ptaki siedzą skurczone czekając na śmierć. Nie wiedzą co to wolność, nie wiedzą co to zielona trawka i światło słoneczne. Znają jedynie strach, ból i ogromne cierpienie, jakie funduje im człowiek, ale tego się z żadnej reklamy nie dowiecie. To samo tyczy się krów, świń, owiec i pozostałych zwierząt hodowlanych. Ich życie to nie jest bajka…

Wiem, że to jest przemysł, gigantyczna machina, której prawdopodobnie nie uda się już zatrzymać. Zbyt duża kasa za tym wszystkim stoi, aby możni tego świata chcieli cokolwiek zmienić. Od dziesięcioleci rozpie*dalają naszą planetę na wszystkie możliwe sposoby, co ich obchodzą jakieś tam krowy? Na szczęście fakt, że rządzą nami nieczułe na krzywdę innych złamasy, nie oznacza, że my, maluczcy, musimy być tacy jak oni. Nie musimy i wierzę, że nie jesteśmy.

 

2 comments

  1. to prawda, wegetarianizm sam w sobie niczego nie załatwi. Jest to dosyć przykre, ale niestety prawdziwe. Nie wiem tak naprawdę czy coś da się zrobić w takiej sytuacji.

  2. Cześć.

    Z przyjemnością czyta się wiadomości o tym, że kolejna osoba powiększyła liczbę wegetarian, bądź wegan, a zmniejszyła stan mięsożerców. :) Nasz świat jest do uratowania, ale zacząć trzeba właśnie od siebie. Zapewne Twoje dzieci też będą wege (być może mąż pójdzie w Twoje ślady, dalsza rodzina, znajomi, itd.), więc zmiana będzie miała o wiele większy zakres oddziaływania. Trudno to teraz ocenić.

    Najważniejsze, że zmienia się świadomość ludzi, pomimo, że mnóstwo zwierząt wciąż cierpi… Jak najlepiej pomóc cierpiącemu zwierzęciu? Wysyłając mu zdrową energię (ciepłe, serdeczne, wzmacniające myśli), zwiększając tym samym poziom jego siły duchowej, aby przeżył swoją, tragiczną historię z jak najmniejszym bólem. Natomiast energia żalu, wzmacnia negatywne doznania zwierzęcia, bo sumuje się z jego energią cierpienia. Każdy płacz nad dręczonym zwierzęciem zwiększa też pulę luszu na Ziemi. Przynosi to odwrotny skutek, niż nam się wydaje, pogłębiając nierównowagę na planecie. Nie ma sensu katować się zdjęciami i filmami cierpiących istot, tylko należy patrzeć w stronę Światła i to Światło zwierzętom mentalnie wysyłać. To im ulży.

    PS. Zmiana, którą ja najbardziej odczułem po staniu się tzw. weganinem to (nie)znośna lekkość bytu. ;) To uczucie przychodzi z czasem, kiedy już ciało i psyche oczyszczą się z niższych, „mięsnych” wibracji. Powodzenia i pozdrowienia. :)

Leave a Reply

Your email address will not be published.