Press "Enter" to skip to content

Związek z życiowym iluzjonistą

Hanka, moja serdeczna przyjaciółka, ma 36 lat. Mieszka z mężem, trójką dzieci i psem, w wynajętym mieszkaniu w okolicach Warszawy. Jeszcze kilka lat temu pielęgnowałyśmy naszą przyjaźń dość intensywnie, babskie plotki przy kawie, wspólne zakupy, wypady do kosmetyczki, wszystko to, co kobiety kochają najbardziej.

Dziś widujemy się znacznie rzadziej, w zasadzie nie widujemy się prawie wcale, a z naszych kosmetyczno – zakupowych szaleństw pozostały nam jedynie wspomnienia. Dlatego, kiedy kilka dni temu Hanka stanęła w progu mojego mieszkania z butelką wina i miną zbitego psa, rozpłakałam się ze szczęścia! Jak się później okazało, przepłakałyśmy razem kilka godzin i nie były to niestety łzy radości.

Za Romanem, mężem Hanki, nigdy nie przepadałam. Taki lepszy cwaniak, głęboko przekonany o tym, że jak założy na grzbiet koszulę Bossa, to już nikt nie zauważy słomy wystającej z plastikowych butów. Naobiecywał Hance głupot przed ślubem, jakie to będzie mieć bajkowe życie, norki w szafie i Jaguara w garażu, tylko zapomniał dodać, że dla niej samej przewidział rolę Kopciucha. Plan Romana przewidywał pięcioro dzieci, duże mieszkanie w Warszawie, rodzinny samochód z wszelkimi bajerami, dwa razy w roku wyjazd na trzytygodniowe wakacje a na co dzień nianię do dzieci, która miała odciążać Hankę i z czasem umożliwić jej powrót do życia zawodowego.

Po sześciu latach małżeństwa, Roman zrealizował tylko jedną część swojego planu, tą dotyczącą potomstwa. W tej kwestii wykazał się wyjątkową skutecznością. Na szczęście Hanka po trzecim dziecku powiedziała: basta! I tak, zamiast mieszkania w Warszawie mają wynajętą norę na przedmieściach, jeżdżą piętnastoletnią Corsą (w sezonie letnim, bo w zimowym nie da się jej odpalić), a na wakacje suną palcem po mapie. Jak się zapewne domyślacie, niani nie ma.

Hanka nigdy nie narzekała, przez te wszystkie lata cieszyła się z tego, co dał jej los. Dziękowała Bogu, za trójkę zdrowych i cudownych dzieci, którymi zajmuje się najlepiej jak potrafi. Nigdy nie robiła Romanowi wyrzutów, że czegoś jej brakuje. Mimo, że w przeciwieństwie do swoich koleżanek, od kilku lat nigdzie nie wychodzi, nie spotyka się ze znajomymi, nie ma czasu zadbać o siebie w sposób, którego potrzebuje jako kobieta.

Roman jest mistrzem iluzji. Potrafi opowiadać o wszystkim w tak czarujący sposób, że człowiek natychmiast przenosi się do innego wymiaru. Ilekroć widział, że Hance puszczają nerwy, roztaczał przed nią wizję wyjazdu do SPA, w którym to jego małżonka miała się zrelaksować i popijać szampana nad brzegiem basenu. Gdy wspominała o większym mieszkaniu, Roman zaczynał wirtualne zakupy pięknego apartamentu i był w tym tak przekonujący, że Hanka niemalże czuła na twarzy ciepło wydobywające się z ich nowego kominka w salonie.

Największą miłością Romana jest Hanka i ich trzy, cudowne córeczki. Roman darzy również wielką sympatią swojego psa, dożycę niemiecką o imieniu Kunegunda. Mimo, że Kundzia regularnie sika mu w buty, Roman nie wyobraża sobie życia bez niej. O tej wielkiej miłości Roman potrafi rozprawiać godzinami, tłumacząc swoim słuchaczom, co jest w życiu najważniejsze i jak to dba o swoje cztery kobiety. Czasem nawet zazdrościłam Hance, że mimo trójki dzieci, ma wszystko tak doskonale zorganizowane i dzięki zaradności męża, może wygospodarować czas dla siebie i swoje przyjemności. Tymczasem okazuje się, że te wszystkie luksusy istnieją wyłącznie w wiecznie niezrealizowanych planach. Tak jakby Roman miał wszczepiony jakiś implant, uniemożliwiający mu przełożenie teorii na praktykę.

Zastanawiam się, czy można nauczyć się życia z bajkopisarzem? Czy może raczej życiowym iluzjonistą? Hanka przyzwyczaiła się, że może liczyć tylko na siebie. Bajkowe opowieści traktuje z przymrużeniem oka i już się nawet nie denerwuje, że znowu gdzieś nie pojedzie, czegoś nie zrobi, nie zrealizuje swoich planów. Kocha Romana i nie wyobraża sobie życia bez niego. Ja ją poniekąd rozumiem, ale gdyby Tancerz zafundował mi takie życie, ubiłabym drania patelnią.

Comments are closed.